Asiandivers

Polskie Centrum Nurkowe w Tajlandii

 

Szukasz hotelu w Tajlandii?

Zarezerwuj hotel on-line.
Najniższe ceny!!

Newsletter

Nasze najbliższe wyprawy

Blog - subskrybcja


1Przewodnik Tajlandia
2Przewodnik Phuket
3opisy łodzi
4Pakiety wakacyjne Tajlandia
5Wycieczki fakultatywne
6Opisy nurkowisk
7Nurkowania lokalne
8Kursy nurkowania
9Safari nurkowe
10blog
11Wyprawy nurkowe
12Wyprawy kalendarz
13Nurkowiska Tajlandia
14Nurkowiska Indonezja
15Nurkowiska Filipiny
16Nurkowiska Malezja
17Nurkowiska Birma
VMN_SUBSCRIBE
Wypisz



Blog - archiwum

Poza nurkowaniem pasjonują mnie:
 

Kursy walut

Kapsztad - tu wszystkie drogi prowadzą na stadion PDF Print E-mail
User Rating: / 2
PoorBest 
Written by Małgosia   
Saturday, 10 July 2010 19:37
There are no translations available.

kapsztad5Zimny wiatr przywitał nas na kapsztadzkim lotnisku. Przyzwyczajeni do tropikalnych temperatur, kilkanaście stopni Celsjusza odczuwaliśmy jako silny mróz. Basia, nasza lokalna przewodniczka i opiekunka, zabrała nas do małego, uroczego pensjonatu, gdzie w przytulnej jadalni zagrzaliśmy się przy kominku i wypilśmy gorącą herbatę. Po 31 godzinach w podróży, w tym 19,5 w samolocie, poszliśmy błyskawicznie spać. Reszta naszej grupy miała dolecieć następnego dnia rano.

Gosia spędziła noc ustawiwszy grzejnic tuż przy łóżku, przytulając się tak mocno do Piotra, jak za czasów w Polsce. Bardzo mu się to podobało; w Tajlandii można przytulić się do siebie tylko na chwilę, bo jest po prostu za gorąco.

kapsztadRano czekał na nas zapalony kominek i śniadanie bardzo przypominające nam Polskę: żółty ser, biały ser, ciepłe bułeczki, dżem domowej roboty. Temperatura za oknem, dochodząca rano do niecałych 10 stopni również sprawiała, że czuliśmy się jak w Polsce.

Zanim skończyliśmy śniadanie, przyjechała nasza grupa i niedługo później wsiedliśmy do busa i udaliśmy się w drogę na Górę Stołową. Pogoda nam szczęśliwie dopisała - piękne słońce, bezchmurna i bezmgielna pogoda.

Kupilśmy bilety przez internet, dzięki czemu uniknęliśmy długiej kolejki do kasy i już po kilku minutach wsiedliśmy do kolejki linowej (szwajcarskiej, oczywiście), która zabrała nas na szczyt wzgórza, skąd kapsztad3rozciągał się punkt widokowy na wszystkie okoliczne zatoki i doliny. Ubrałam się ciepło w polar i kurtkę oraz czapkę, więc nie bałam się wiatru i ze zdziwieniem patrzyłam na niektórych zwiedzających, odzianych w koszulki z krótkimi rękawami i klapki. Na górze spędziliśmy około godziny, spacerując po „blacie" Góry Stołowej. Z jednej strony widać było nowoczesną zatokę Waterfront, gdzie znajdują się urocze knajpki nad brzegiem morza, bardzo ładna plaża i nowo wybudowany stadion piłkarski. Z innej podziwialiśmy drogę na Przylądek Dobrej Nadziei, gdzie planowaliśmy się udać po południu. Zjechaliśmy kolejką w dół i pojechaliśmy do Waterfront na lunch.

Wymyśliliśmy z Piotrem, że na Przylądku usiądziemy sobie razem i będziemy pić kapsztad7wino, więc zaopatrzyliśmy się w dwie (na wszelki wypadek) butelki oraz ser i ruszyliśmy przepiękną drogą w stronę Przylądka. Trasa, wyryta w skale, dostarczała przepięknych widoków - z jednej strony strzelista góra, z drugiej stromy, granitowy klif i morze. Droga jak w starych włoskich filmach. Zatrzymaliśmy się w kilku miejscach, żeby zrobić zdjęcia i wkrótce dotarliśmy na teren parku Przylądka. W tym miejscu jest kilka punktów: wodkowy z latarnią morską, gdzie w górę podjechaliśmy kolejką szynową a w dół zeszliśmy spacerem, punkt wysunięty daleko w morze, gdzie po dużych granitowych głazach można dojść na urwisty brzeg i wsłuchiwać się w szum morza a także kawałek dalej samochodem do zatoki, w której osiedliły się pingwiny. Był to nasz ostatni przystanek tego popołudnia i towarzyszyliśmy pingwinom do zachodu słońca. Mamy z młodymi szykowały się własnie do snu, gdy zjadiwliśmy się jako niemile widziani goście. Ptaki bacznie nas obserwowały, a gdy próbowaliśmy bardziej się zbliżcyć, atakowały nas, dziobiąc lekko. Maluchy, częściowo jeszcze nieopierzone, pokryte ciemnoszarym puchem były ciekawe nas tak samo, jak my ich.

przyladek6przyladek8przyladek5

Kolacja w tym dniu zaplnowana była w lokalnym miasteczku zasiedlonym przez czarnych, tzw. „townshipie", nazywanym w niektórych, złych przewodnikach - slumsami. Nie są to slumsy, tylko osiedla mieszkalne; mające ulice, numerowane murowane domy infrastrukturę. W malutkiej restauracji przywitała nas ogromna Murzynka, zapraszając do spróbowania lokalnych przysmaków, między innymi głowy antylopy a jedznie umilała nam muzyka, wygrywana na drewnianych cymbałkach, saksofonie i bębnach. Dynamizm muzyki potwierdzał, jaki temperament, talent i świetne wyczucie rytmu mają czarni. W porównaniu z mało muzykalnymi Tajami, słuchanie lokalnej muzyki foklorystyczniej było przyjemne.

Różnica czasu powodowała, że około 21 lokalnego czasu ledwo utrzymywaliśmy otwarte oczy i mimo, że nam się podobało, marzyliśmy o położeniu się spać jak najszybciej.

kapsztad8Następnego dnia zwiedzaliśmy Kapsztad: muzeum poświęcone wydarzeniom z czasów apartheidu, „stare" miasto, które na pierwszy rzut oka nam się spodobało i gdzie planowaliśmy wrócić, gdy reszta grupy pojedzie na mecz. Poszliśmy też do parku - ogrodu botanicznego, a następnie skierowaliśmy się w stronę Waterfront, skąd było blisko na stadion - gdyż 5 z nas planowało miało bilety na mecz Niemcy - Argentyna. W tym dniu wszystkie drogi w Kapsztadzie prowadziły na stadion. Tłumy ludzi szły długim pochodem zewsząd w stronę stadionu. Ja i Piotrek chcieliśmy w drugą stronę, co okazywał się chwilami bardzo trudne. Z wyobrażeniem w głowach o lokalnych uroczych kafejkach, mieliśmy plan znaleźć jedną z nich i tam bezpiecznie przeczekać mecz. Jednak nasze wyobrażenia były dalekie od prawdy: wszelkie puby, które wcale nie były knajpkami ze stolikai ustawionym na brukowanym deptaku, tylko tlum_na_stadionmałymi pubumi, po brzegi wypełnionymi kibicami, którzy oglądali mecz na dużych telewizorach, znajdujących się w każdej z knajpek. Nie traciliśmy nadziei i przez półtorej godziny szukaliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy usiąść. Te 1,5 godziny to nie ze względu na rozmiar „starego" miasta - my po prostu krążyliśmy tam i z powrotem a nasze oczekiwania względem knajpki malały z każdą minutą, w miarę, jak zmęczenie brało górę. Ostatecznie byliśmy gotowi usiąść nawet w „Fish&Chips", ale nawet tam nie było miejsca. Uliczki i kamienice mało interesujące, sklepy pozamykane (od soboty po południu do poniedziałku rano w centrum czynne są tylko puby i restauracje), więc znaleźliśmy kawiarnię („przepraszamy, ale kuchnia jest zamknięta. Podajemy tylko napoje") i tam jako winojedyni klienci, usiedliśmy nad lampką wina i kubkiem czerwonej herbaty („Prosimy o czarną herbatę" „Czy to na pewno czarna? Bo smakuje jak czerwona Roiboos") i rozmawialiśmy o tym, że Kapsztad troszkę nas rozczarował jako miasto. Spotkanie z przyrodą - piękne, ale nie możemy potwierdzić urokliwości i czaru samego miasta. Nie wiem dlaczego stawia się go na równi z Barceloną czy Pragą.

Po przegranej Argentyny (4:0 dla Niemców) spotkaliśmy się z naszą grupką na kolacji, tym razem, kulturalnej w rozumieniu europejskim. Była to kolacja połączona z przedstawieniem - połączeniem kabaretu i pokazów akrobatycznych i tanecznych. Do przystawek podano chleb z chrupiącą skórką, który zjedliśmy prawie cały, nie dbając zupełnie o truflową pastę, tzatzki czy sałatkę grecką. Wypiliśmy, zgodnie z obietnicą daną sobie przed wyjazdem, nieprzyzwoitą ilość butelek wina i tak zakończył się drugi dzień w Mieście Przylądka.

Następny dzień zaczął sięgrubo przed świtem - dziś w planie spotkanie z żarłaczem białym. cage_diving2Piotrek od razu zaczął symulować chorobę, twierdząc że ma gorączkę, ukrywając w ten sposób strach przed rekinem. Trochę przestraszona wsiadłam na łódź i popłynęliśmy na pełne morze, gdzie załoga zrzuciła przynętę, a my przebieraliśmy się w pianki. Piotrek nie wchodził do wodyk, ale asystował mi przy ubieraniu suchego (nie mam wprawy)  Cieszyłam się, że mam suchego, bo było zimno, a woda lodowata (16C). Do klatki wchodziło się po 5 osób; była ona w ¼ wysunięta nad powierzchnię wody, przywiązana do burty. Po wejściu do klatki staliśmy na specjalnym podeście i trzymaliśmy się uchwytu. Na znak skippera, który oberwował nadpłynięcie rekina z powierzchni zanurzaliśmy głowę pod wodę i oglądaliśmy rekina, który przypływał i odpływał. Był ogromny, dłuższy niż nasza 4 metrowa klatka i wyglądał dokładnie tak, jak człowiek wyobraża sobie groźnego rekina. Płynął majestatycznie i wolno, cage_diving3łypiąc na nas i zmieniając kierunek płynięcia tuż przed klatką. Moi współklatkowcy zapomnieli o tym, że trzęsą się z zimna (mieli na sobie cienkie, dziurawe pianki) a po kilku minutach i kilku spotkaniach z rekinem wyszliśmy z klatki by zrobić miejsce następnej grupie. Nie wszyscy mieli takie szczęście jak ja i moi koledzy z klatki. Następni spędzili w wodzie, dygocząc, 25 minut bez skutku. Kolejna grupa „naszych" też widziała żarłacza, ale nie tak długo i nie tyle razy, ile my. W końcu, gdy wszyscy już weszli i wyszli, skipper zawrócił łódź i wróciliśmy do portu. Było to ciekawe doświadczenie - oglądanie rekinów pod wodą, ale nie nurkowanie J

hermanusW drodze powrotnej zachwyciło nas małe miasteczko, które zbudowano w zatoce, słynnej z mieszkających w niej wielorybów. Przy nadbrzeżu zbudowano uroczy parki i pomenadę spacerową, a także hoteliki z widokiem na morze i mnóstwo knajpek, oferujących, jak się niedługo okazało, wspaniałe jedzenie. Spędziliśmy tam ponad godzinę, spacerując i jedząc; klimat był taki, jakiego szukaliśmy wcześniej w Kapsztadzie.

 

winnica1Popołudnie spędziliśmy w najpiękniejszej winnicy RPA w Sommerset, gdzie próbowaliśmy kilku gatunków wina, zagryzając kupionym na tę okoliczność serem. Zwiedziliśmy też destylarnię brandy, gdzie pokazano nam, jak ciekawego smaku nabiera ona po połączeniu jej w ustach z odpowiednio dobranym gatunkiem czekolady.

Na wieczór zaplanowaliśmy kolację w restauracji serwującej owoce morza; dokąd niestety ani ja ani Piotrek nie udaliśmy się ze względu na stan chorobowy, który trzeba było wyleżeć. Piotrek zaczął łykać antybiotyk i większość nocy gorączkował. Mam nadzieję, że się podleczy trochę i będzie mógł nurkować.
Teraz lecimy do Durbanu, a stamtąd samochodem do Umkomaas, mając nadzieję destylarnia2na cieplejszą pogodę i super rekiny pod wodą. Lokalne linie Mango Airlines są odpowiednikiem naszych lokalnych Air Asia.

 


Last Updated ( Sunday, 11 July 2010 17:33 )
 

Add your comment

Your name:
Subject:
Comment: